SzukajSzukaj  RegulaminRegulamin  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Forum Icy.pl Strona Główna  

Poprzedni temat «» Następny temat
Religie, etyka, zyciowa filozofia...
Autor Wiadomość
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 18 Czerwiec 2012, 17:09   

Cytat:
On też sprawia, że wszyscy, mali i wielcy, bogaci i ubodzy, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na swojej prawej ręce albo na swoim czole, (17) i że nikt nie może kupować ani sprzedawać, jeżeli nie ma znamienia, to jest imienia zwierzęcia lub liczby jego imienia. (18) Tu potrzebna jest mądrość. Kto ma rozum, niech obliczy liczbę zwierzęcia; jest to bowiem liczba człowieka. A liczba jego jest sześćset sześćdziesiąt sześć.


Czym jest liczba bestii? Chodzi tutaj o .. czakry, trzy na gorze, trzy na dole ktore sa umyslowa nakladka, przywiazujaca do zjawisk, ktore po "obroceniu" i scaleniu w srodkowej, staja sie liczba czlowieka. Kostka rubika, ktorej kanciastosc (osi czasu i przestrzeni) nalezy zagiac w kule.

Demiurg, Samael/Jahwe/Wujek Sam - to bog handlu, jest wladca Ksiezyca, ktory jest jak pryzmat rozszczepiajacy swiatlo. Jest to system "cos za cos", tworzy on tutaj ekstremalne, ciezkie warunki, ktore sprzyjaja powstawaniu diamentow.

Nie chodzi o jakis nano-chip pod skore ;) Ludzie jak zwykle prognozuja cos, co juz sie wydarzylo.

W taki sposob ja to widze.

Swiatoslaw Nowicki napisał/a:
Ja czakry w Apokalipsie wiążę z siedmioma głowami ognistego smoka. Bestia, która wyszła z wody, też miała siedem głów, ale jedną śmiertelnie zranioną. To pewnie sahasrara, której zranienie oznacza odcięcie tej bestii od łączności z niebem, "uziemienie".


jam to napisał/a:
Ta jedna glowa smiertelnie zraniona kojarzy mi sie z fragmentem ew. Tomasza "kto znalazl swiat, znalazl trupa, a kto znalazl trupa, tego swiat nie jest wart". Czakry wymagaja jednak tego trupa w srodku, bo gdyby tego trupa nie bylo, nie byloby swiatla rozszczepionego. Trup, czlowiek jako poszatkowana ryba, zalana woda z potopu, gdy zostaje "podpalony" Sloncem, przestaje byc trupem i zostaje z jednym centrum. Nie wiem czy przekazuje to zrozumiale :)
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 18 Czerwiec 2012, 21:05, w całości zmieniany 6 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 18 Czerwiec 2012, 20:09   

Dlatego zalewanie sie to Babilon, a jaranie to zbawienie. Jaranie o ktorym mowie to jednak cos wiecej niz "palenie trawy", to wypalenie do cna osobowosci i ciala. Mozna sobie pomagac "roslinami mocy" o ile to nie stanie sie wszystkim, jest to pomocne. Nalezy sie strzec falszywych "rastafari" z trawa w pysku, jak krowa na pastwisku.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 18 Czerwiec 2012, 20:46, w całości zmieniany 3 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 20 Czerwiec 2012, 12:59   

Cytat:
Takie porownanie mi przyszlo do glowy, ze swiat, ktory czlowiek widzi w swojej "codziennej" swiadomosci tzn. kiedy uwaza sie za jakas samodzielna jednostke wobec pozbawionego swiadomosci wszechswiata, gdzie widzi gwiazdy jako fizyczne zjawiska, to tak jak sweter wywrocony na lewa strone z tymi wszystkimi "farfoclami", metkami i szwami na wierzchu.


W takim stanie czlowiek jest niewolnikiem przeznaczenia, czy "karmy", wydaje sie, ze ma wolna wole, ale jest to tylko miraz. Wolna wola jest tak dlugo, jak dlugo jest cialo i osobowosc. Po "obroceniu" i przejsciu przez szczeline nie ma czegos takiego jak wolna wola, jest tylko przeznaczenie, z ta roznica, ze istota w pelni scala sie z nim, tak, ze zdobywa kontrole nad wszystkim. To trudne do uchwycenia scalenie przeciwienstw. Tak to jest, ze ten, kto staje sie niczym, staje sie wszystkim, a to co nie moze nic sam z siebie zrobic, panuje nad caloscia. I na odwrot: ten, kto uwaza, ze panuje nad wszystkim, w rzeczywistosci odgrywa z gory ustalony scenariusz, a ten, kto stawia sie w centrum wszystkiego, jest tylko paprochem na projektorze filmowym, powiekszajacym siebie na ekranie do niebywalych rozmiarow.
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 20 Czerwiec 2012, 23:25   

Karme i reinkarnacje mozna porownac do chodzenia po linie. Gdy gubi sie srodek ciezkosci, to zaczyna sie hustac, w jedna i druga strone (dualizm), pojawia sie strach i upada sie.
Gdy ktos stara sie byc totalnie idealny i pozytywny, to bedzie musial zrownowazyc to jakas podla inkarnacja, rownie intensywna jak tamta.

Mozna sobie wyobrazic "statystycznego Kowalskiego", ktory jest przywiazany do zjawisk i identyfikuje sie z myslami, co objawia sie jako cos w rodzaju sluzu oblepiajacego centra energetyczne. Czakry to cos jakby wiatraki. Gdy uswiadomi sie swoj oddech, co wymaga odklejenia sie od zjawisk, wznieca sie ogien spalajacy ten sluz i wprowadza sie w ruch czakry, ktore "zasysaja" sie nawzajem, jedna kompresuje sie w druga, przechodza przez glowe i sa wywracane w strone serca jak sweter przewraca sie z ze strony lewej na prawa, tworzy sie cos jakby tornado/huragan z okiem cyklonu w sercu. Chrzescijanie nie maja pojecia, dlaczego Jezus bral "chrzest nawrocenia" w Jordanie. Taka fuzja wymaga idealnej zgodnosci, tak jak z ta zabawka dla dzieci, gdzie odpowiednie figury-klocki trzeba wlozyc do pudelka z otworami w ksztalcie konkretnych klockow. W ten sposob sie sprawdza, czy ktos jest zrownowazony psychicznie ;)
Tego rodzaju kompresja jest "kompatybilna" z planetami i gwiazdami, wiec mozna sie rozpakowac jako one i dalej, bez konca.

Wszelkie wizualizacje zasysajace powietrze/ogien, tworzace w centrum ta cicha "osobliwosc" sa pomocne i jak po nitce do klebka czlowiek znajduje siebie w gwiazdach.
Czlowiek o nazwisku Alex Grey wie o co chodzi i namalowal spora ilosc dobrych obrazow, mozna znalesc w wyszukiwarce.

Spokoj jest wlasnie w tym bezruchu, ale chodzi o scalanie przeciwienstw, wiec te (nie)ruchome centrum najlepiej jest sobie uswiadomic w "wirze dzialania". Jaka jest wtedy mozliwosc wyprowadzenia z rownowagi? Zadna. Mozna zostac popchnietym, ale sie nie upadnie, tylko najwyzej przeturla.

Zdarza sie, ze jakis czlowiek siedzi na tylku i medytuje, a jakas pajecza imitacja Buddy, jak na tym filmiku, oblepia go "pajeczyna blogosci", unieruchamiajac go i kradnac mu energie. Nie o to chodzi :P Tak sie dzieje, gdy ego-aktor stara sie uchwycic stany stojace poza nim. Tego typu pajeczych klimatow jest pelno chocby na forach ezoterycznych.

"Opetanie" przez pajecze hipnotyzujaco-unieruchamiajace "swiatlo smierci" mozna rozpoznac po tym, ze ktos duzo i pieknie mowi, ale jest to piekne mowienie dla samego pieknego i madrego mowienia. Zdarza sie to np. kaplanom religii wszelakich, politykom, czy wykladowcom na uniwersytetach. Gdyby na takiego pieknego mowce spojrzec jasnowidzaco, wtedy zobaczyloby sie jaka szkarada za tym stoi ;)
Tego typu istoty stoja tez czesto za np. straszeniem dzieci w snach koszmarami.

Ewangelia Tomasza napisał/a:
Jeśli spytają was, jaki jest mak waszego Ojca w was, odpowiedzcie im: <<To jest ruch i odpocznienie>>".
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 21 Czerwiec 2012, 01:27, w całości zmieniany 20 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 21 Czerwiec 2012, 12:51   

Cytat:
wprowadza sie w ruch czakry, ktore "zasysaja" sie nawzajem, jedna kompresuje sie w druga


Takie skompresowanie sie centrow energetycznych w jedno jest mozliwe dzieki zasadzie zlotej proporcji.

Istoty manipulujace zza kulis charakteryzuja sie tym, ze posiadaja odpowiednie centra w znakomitej kondycji, jednak nie istniejace w harmonii jako wszystkie razem, dzieki czemu nie moga sie wzajemnie "zassac". Sa mistrzami w ukladaniu kostki rubika w ten sposob, by wszystko ulozyc idealnie z wyjatkiem kilku elementow, ktore znajduja sie nie na swoich miejscach, co sprawia, ze potrafia znakomicie upodabniac sie do bytow wyzszych. Zamiast wciagnac sie samemu w "oko cyklonu", tworzy sie sile przyciagania ku sobie, ku "slepemu oku". Istoty oslepione podazaja ku takim "mistrzom" jak po sznurku, bo wszystko odbywa sie na zasadzie samopodobienstwa. Tego typu manewr odcina jednak od wyzszych "wymiarow" i prowadzi do pasozytnictwa, by taki uklad utrzymac. Tych kilka nieulozonych elementow to wlasnie smierc, ktora w koncu ich dopadnie. W taki sposob tworzy sie samemu sobie pulapke.

Kazde kolejne energetyczne centrum i cialo mu odpowiadajace zawiera w sobie mozliwosci wczesniejszego, dlatego tez to wczesniejsze, jesli jest idealnie zrownowazone w stosunku do tego wyzszego, moga sie skompresowac jako jedno.

Jesli ktos opuszcza cialo np. w ciele astralnym, to ma wieksze mozliwosci niz w ciele fizycznym, ale jesli podczas zycia w ciele scali je ze soba, to bez opuszczania ciala mialby w nim te same mozliwosci, co karykaturalnie okresla sie jako "zdolnosci parapsychiczne".

Wezmy np. "cud" czytania w myslach, na czym to polega? Czlowiek utozsamiajacy sie z cialem fizycznym, moze postrzegac inne byty tylko jako fizyczne zjawiska. Gdy cialo fizyczne osadza sie np. w ciele mentalnym, to widzi mysli, proste.

"Problem" jest tylko w tym, ze ego czlowieka jest scisle powiazane z cialem fizycznym, a ego czlowieka jest zaprogramowane w ten sposob, by unikac zlotego podzialu. Ego pelni role czegos w rodzaju aluminiowej blachy, czy folii, tak, by ludzie "calowali sie przez szybe".

Dlatego egoistyczni naukowcy nie wiedza czym jest grawitacja, nie maja pojecia dlaczego upuszczony przedmiot spada na ziemie. Jest to nieskonczona i idealna kompresja oparta na zasadzie zlotego podzialu, co tworzy "ssanie" ku centrum osobliwosci, ktorej nigdy ostatecznie nie chwyta.

I to jest taki myk, ze zdolnosci parapsychiczne sa bardzo proste do zdobycia, z tym, ze gdy juz scali sie ze soba poszczegolne centra, to nie posiada sie pragnien ego do ich uzywania :D

Mozna powiedziec, ze cuda i kontrola nad wszystkim to skonczenie z meka odseparowania.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 21 Czerwiec 2012, 13:35, w całości zmieniany 13 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 22 Czerwiec 2012, 12:35   

Fraktalnosc oparta na zlotym podziale, ta nieskonczona kompresja, jest kluczem otwierajacym wszelkie zamkniete "bramy nieskonczonosci" i ktorych w zaden inny sposob nie da sie otworzyc. Nic poza tym nie przetrwa smierci. Smierc mozna odwlec, zajmujac sie wampiryzmem, stajac sie kosmicznym narkomanem, ale to tylko odwlekanie i nic wiecej. Mozna powiedziec, ze dopoki czlowiek nie zacznie robic wszystkiego zgodnie z ta zasada, nie zacznie oddychac, myslec, mowic, poruszac sie, snic itd. tak dlugo nie przecisnie sie przez "ucho igielne". To wydaje sie niewykonalne, ale sedno jest w tym, ze to prawo jest jakby "geometria milczenia" wiec przychodzi samoistnie wraz z calkowitym wewnetrznym wyciszeniem. Don Juan uczyl Castanede, ze czarownik gromadzi w sobie cisze, co jest niczym innym jak tworzeniem "implozji" w sercu.
Dlatego uzywa sie oksymoronow w stylu "cisza gra", a wschod Slonca w pelni mozna przezyc w ciszy, bo sa to momenty w ktorch harmonia zlotego podzialu sie przejawia np. w muzyce czy w ruchach cial niebieskich.

Cytat:
Nie pamiętam, co skłoniło don Genaro do opowiedzenia mi o porządku “drugiego świata", jak go
nazywał. Powiedział, że mistrz czarownik jest orłem albo raczej może zmienić się w orła. Natomiast
zły czarownik to tecolote, sowa. Zły czarownik jest dzieckiem nocy i dla takiego człowieka najbardziej
użytecznymi zwierzętami są puma i inne dzikie koty albo nocne ptaki, szczególnie zaś sowa. Brujos
liricos, liryczni czarownicy, czyli dyletanci wolą inne zwierzęta, na przykład wronę. Don Juan, który
przysłuchiwał się w milczeniu, zaśmiał się. Don Genaro odwrócił się do niego i powiedział:
– To prawda, przecież wiesz o tym, Juanie.
Potem mówił dalej, że mistrz czarownik potrafi zabrać swojego ucznia ze sobą w podróż i
naprawdę przejść przez dziesięć poziomów innego świata. Jeśli mistrz jest orłem, może zacząć od
najniższego poziomu, a potem przechodzić przez każdy następny świat, aż dojdzie do szczytu. Źli
czarownicy i dyletanci mogą – w najlepszym razie – przejść przez pierwsze trzy poziomy.
Don Genaro opisał te kroki następująco:
– Zaczynasz na samym spodzie, a potem twój nauczyciel zabiera cię na lot i wkrótce następuje
bum! Przechodzisz przez pierwszy poziom. Potem, niewiele później, znowu bum! Przechodzisz przez
drugi. I bum! Przechodzisz przez trzeci...
Don Genaro poprowadził mnie przez dziesięć bum, aż do ostatniego poziomu świata. Kiedy
skończył, don Juan popatrzył na mnie i uśmiechnął się ze zrozumieniem.
– Genaro nie ma upodobania do mówienia – powiedział – ale jeśli chciałbyś otrzymać lekcję,
nauczy cię on o równowadze rzeczy.


"Orzel" to Slonce. Ktos kto widzi Slonce, widzi je jako "skrzydlate serce", albo "kielich" (czy jakkolwiek to okreslic) z czlowiekiem w srodku.

Ilustracja

Sowa to Ksiezyc. Zly czarownik ogranicza sie tylko do kolejnych trzech nastepnych czakr, omijajac "implozje" i obrocenie/nawrocenie ich wszystkich w oku cyklonu sercu i nie moze wyjsc poza to.

Dlatego wampiry unikaja Slonca, a spojrzenie bazyliszka odwrocone z lustrze zabija go, czy jak to tam bylo. I dlatego wlasnie najlepsza obrona jest widzenie.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 22 Czerwiec 2012, 15:18, w całości zmieniany 14 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 22 Czerwiec 2012, 15:24   

Z moich "obliczen" wynika, ze cale ludzkie cialo jest w stanie skompresowac sie jedynie do oczu :P
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 22 Czerwiec 2012, 17:34   

Cytat:
Zly czarownik ogranicza sie tylko do kolejnych trzech nastepnych czakr, omijajac "implozje" i obrocenie/nawrocenie ich wszystkich w oku cyklonu sercu i nie moze wyjsc poza to.


Mysle, ze to tlumaczy rowniez ta legende ;)

"Podmiana" McCartneya to aluzja gdzies tam wbijana w podswiadomosc do podmiany ukrzyzowanego Jezusa i Apostola Pawla jako tworcy chrzescijanstwa opartego na "ukrzyzowanym", ktore jest odwrotnoscia chrzescijanstwa Jana/Magdaleny, opartego na drzewie zycia.

I dlatego na tej okladce Paul idzie na odwrot niz reszta.

Apostol Pawel napisał/a:
Albowiem uznałem za właściwe nic innego nie umieć między wami, jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego.


Cytat:
Ja zaś gdy spojrzałem, powiedziałem: "Panie, nikt nie widzi ciebie, uciekajmy z tego miejsca".
On zaś mi powiedział: "Powiedziałem ci przecież, to ślepcy, zostaw ich, a sam popatrz jak nie rozumieją tego, co mówią. Bo syna ich chwały w miejsce mojego sługi ustanowili za przedmiot zawstydzenia.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 22 Czerwiec 2012, 17:56, w całości zmieniany 3 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 23 Czerwiec 2012, 13:00   

Implozja w sercu to jest to, co mozna nazwac "duchem".
Niezdolnosc do tego prowadzi do stania sie cyborgiem, nie wytwarzajacym energii, prowadzi do tworzenia sie zbiorowego umyslu. Mechaniczne emocje i uczucia, mechaniczne plany na przyszlosc, mechaniczne marzenia.
Wiekszosc ludzi posiada ducha jakby jedynie potencjalnie, tli sie w nich ta iskierka, ktora jest przylepiona do umyslu, kierujac tym samym energie na zewnatrz zgodnie z umyslowa hierarchia, gdzie ktos stojacy w niej wyzej, moze zrobic z nia to co mu sie podoba. Aby stac sie zywa istota musieliby ja (ducha) do siebie przyciagnac, musieliby "przyjac moc z wysokosci", wraz z kazdym oddechem, ktora gdzies tam unosi sie nad nimi, a ktora nie moze sie osadzic w czlowieku z powodu smieci, ktore w sobie nosi.

Umiera tylko to, co nie wytwarza wlasnej energii.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 23 Czerwiec 2012, 15:14, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
RedJohn
Wow!


Dołączył: 18 Kwi 2012
Posty: 82
Wysłany: 23 Czerwiec 2012, 22:14   

Akataleptos napisał/a:
Czakry to cos jakby wiatraki. Gdy uswiadomi sie swoj oddech, co wymaga odklejenia sie od zjawisk, wznieca sie ogien spalajacy ten sluz i wprowadza sie w ruch czakry, ktore "zasysaja" sie nawzajem, jedna kompresuje sie w druga, przechodza przez glowe i sa wywracane w strone serca jak sweter przewraca sie z ze strony lewej na prawa, tworzy sie cos jakby tornado/huragan z okiem cyklonu w sercu.


To jest to co do mnie przemawia kolego. Prosto, schludnie i na temat, bez zbędnego teoretyzowania :) Jeśli o tym będzie się pamiętać to będzie się "w domu".
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 23 Czerwiec 2012, 23:06   

Cytat:
Miraż, fatamorgana – zjawisko powstania pozornego obrazu odległego przedmiotu w wyniku różnych współczynników załamania światła w warstwach powietrza o różnej temperaturze, a co za tym idzie, gęstości.


To jest wlasnie to, co robia np. z gwiazdami czakry i poszczegolne ciala im odpowiadajace. Gdy scharmonizuja sie one wedlug zasady zlotej proporcji, tak, ze kolejna bedzie mogla wciagnac w sobie wczesniejsza i skompresowac sie w nastepna (ciag Fibonacciego), wtedy wygrywa sie ze smiercia, bo smierc to wlasnie sprzecznosci pomiedzy cialami. Jedyne co utrzymuje swiatlo w stanie rozszczepionym to projekcja trupa w srodku, rozpietego na krzyzu czasu i przestrzeni i z tym trupem i jego falszem trzeba sie zmierzyc.

Srodek ciezkosci czlowieka jest w gwiazdach i wraz ze zesrodkowaniem i scaleniem wszystkich pokawalkowanych centrow, przybliza sie "miniaturowa gwiazde" do siebie, tak, ze mozna w niej zamieszkac. Ego i jego filtry powiekszaja je do ogromnych rozmiarow, niezgodnych z rzeczywistoscia. Ksiezyc jest jakby przywiazanym ciezarkiem, "olowianym sterowcem ", sprawiajacym, ze istota wychyla sie w jedna strone gubiac srodek ciezkosci, tworzac w umysle do niego podlaczonym znieksztalcony obraz swiata. W tym sensie wszechswiat jest iluzja.

Z trudnoscia wykonania tego jest podobnie jak z tym, kiedy tak przerabia sie rower, by skrecajac w lewo, on jechal w prawo, wszystko sie myli, bo umysl jest przyzwyczajony do wykonywania wszystkiego na odwrot. Wystarczy sie odzwyczaic, a wtedy niemozliwym staje sie upadek. Trzeba liczyc sie z tym, ze poczatki sa pokraczne, ale pozniej sie z nich smieje.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 23 Czerwiec 2012, 23:24, w całości zmieniany 9 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 24 Czerwiec 2012, 22:35   

Jakkolwiek to slodko zabrzmi: tylko "milczaca milosc" ma moc stwarzania.

Tracac "polaczenie ze zrodlem" pozostaje tylko moc odtwarzania.

Wyobraz sobie, ze jestes kims czczonym przez tysiace planetarnych ras jako Bog, masz pewna moc manipulacji nad czasem i materia, mozesz przestawiac nimi jak pionkami w szachach, jednak zgodnie z zasada samopodobienstwa "to co jest na dole jest takie jak to co jest na gorze" samemu jest sie tylko aktorem, ktory ma tylko pozorna moc tworcza. I nie ma jak wyjsc poza to, chyba, ze uznac swoja nicosc.

Czy nie lepiej jest faktycznie tworzyc wlasne gwiazdy, planety, czy uni-wersa, zamiast odtwarzac historie o stworcy/stworcach?
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 24 Czerwiec 2012, 23:53, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 25 Czerwiec 2012, 00:37   

Oddychanie wedlug zasady zlotej proporcji, tworzenie implozji, gromadzenie mocy ;)

-Gleboki wdech, liczymy do osmiu, wydech, tez liczac do osmiu
-Wdech liczac do pieciu, wydech tak samo, objetosc oddechu odpowiednio zmniejszona w stosunku do wczesniejszego
-To samo, tylko do trzech
-Do dwoch
-Do jednego
-"Punkt zero" utrzymany przez krotka chwile i rozpoczecie cyklu od nowa

Najlepiej jest pomoc sobie jakas wizualizacja np. wciaganie w siebie ognia, skrecajacego sie w spirale, osadzajacego sie w sercu i krwi.

Ten sposob jest dobry na szybsze podladowanie sie. W ciagu dnia tego sie nie utrzyma ;) W ciagu dnia najlepiej jest oddychac zwyczajnie, zachowujac jednak tego swiadomosc.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 25 Czerwiec 2012, 00:46, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 25 Czerwiec 2012, 17:01   

Cytat:
Nie pamiętam, co skłoniło don Genaro do opowiedzenia mi o porządku “drugiego świata", jak go
nazywał. Powiedział, że mistrz czarownik jest orłem albo raczej może zmienić się w orła. Natomiast
zły czarownik to tecolote, sowa. Zły czarownik jest dzieckiem nocy i dla takiego człowieka najbardziej
użytecznymi zwierzętami są puma i inne dzikie koty albo nocne ptaki, szczególnie zaś sowa. Brujos
liricos, liryczni czarownicy, czyli dyletanci wolą inne zwierzęta, na przykład wronę. Don Juan, który
przysłuchiwał się w milczeniu, zaśmiał się. Don Genaro odwrócił się do niego i powiedział:
– To prawda, przecież wiesz o tym, Juanie.
Potem mówił dalej, że mistrz czarownik potrafi zabrać swojego ucznia ze sobą w podróż i
naprawdę przejść przez dziesięć poziomów innego świata. Jeśli mistrz jest orłem, może zacząć od
najniższego poziomu, a potem przechodzić przez każdy następny świat, aż dojdzie do szczytu. Źli
czarownicy i dyletanci mogą – w najlepszym razie – przejść przez pierwsze trzy poziomy.


Cytat:
Czym jest liczba bestii? Chodzi tutaj o .. czakry, trzy na gorze, trzy na dole ktore sa umyslowa nakladka, przywiazujaca do zjawisk, ktore po "obroceniu" i implozji w srodkowej, staja sie liczba czlowieka.


Dlatego masoni posiadajacy "tajemna wiedze", ktora jest tylko pseudo-wiedza, rozdrobnili sie i maja 33 (tyle ile lat miala projekcja trupa przybitego do osi czaso-przestrzennej) stopni wtajemniczenia, zeby to jakos wygladalo i biznes sie krecil :lol:

Nie ma stopni wtajemniczenia, sa tylko rozne etapy zrzucania mentalnych balastow.

Autor nieznany napisał/a:
Śmierć to myśl, która przybiera wiele form, często nierozpoznanych. Czasem ukazuje się w postaci smutku, lęku, niepokoju, czasem gniewu, wątpliwości, nieufności, czy też braku wiary. Czasem to zabiegi na rzecz ciał, a czasem zawiść oraz wszelki kształt, pod którym chęć, by być jakim się nie jest, może kusić. Wszelkie tego typu myśli są nie więcej jak odblaskiem czci niesionej śmierci w podarunku za zbawienie i za kres niewoli.

Kształt wcielony lęku i gospodarz grzechu, bóstwo winnych, oraz władca wszelkich krętactw i iluzji, o, jak wszechpotężna zdaje się widziana w taki sposób myśl o śmierci. Bowiem zdaje się, że tłamsi ona wszelką żywą treść w swej zwiędłej garści, wszelką chęć i wszelki głos nadziei dusząc w palcach ku zatracie, wszelkie cele widząc jeno ślepą swą źrenicą. Słabi, chorzy i bezradni biją pokłon przed jej wizerunkiem, wierząc, że to on jedynie jest prawdziwy i nieunikniony, on jedynie godzien zaufania. Tylko bowiem on nikogo nie ominie.

To, co nie jest śmiercią, jawi się jako niepewne. Łatwo to utracić, choć tak trudno zdobyć, a końcowy wynik jest i tak nieznany. Łatwo zaprzepaścić pokładane niegdyś w tym nadzieje, kiedy czuje się jedynie proch i popiół pod językiem, zamiast aspiracji oraz marzeń. Ale śmierć nas nie zawiedzie. Przyjdzie ona bez wahania, gdy wybije jej godzina. I bez cienia obaw weźmie w swą niewolę wszelkie życie.

Czy bałwany takie właśnie pragniesz czcić? Oto moc i wszechpotęga Boga postrzeżona w cielcu ulepionym z pyłu. Oto przeciwieństwo Boga, okrzyknięte panem wszelkiego stworzenia, potężniejszym niźli wola życia w sercu Boga, niż miłości bezkres i niż Niebios doskonała i niezmienna stałość. Oto wola Ojca oraz Syna ostatecznie pokonana, i złożona pod nagrobnym głazem jakim śmierć przykryła ciało najświętszego Syna Boga.

I w porażce swej nieświęty, stał się tym, czym chciała aby stał się. W jego epitafium, przez śmierć samą sprządzonym, imię jego nawet raz nie pada, bo on przecież odszedł w proch. A napisane jest tam tylko to: „Tu leży świadek, że Bóg umarł.” I te słowa wypisuje ona wciąż na nowo, a czciciele potakują, i klęknąwszy z czołem tuż przy ziemi, szepczą wystraszeni, że tak jest.

Bo kult śmierci, jakikolwiek kształt przybrałby, jest niemożliwością, gdy form jednych jej nie cenisz i unikasz, a zachować chcesz wciąż wiarę w pozostałe. Bowiem śmierć jest czymś totalnym. Albo wszystkie rzeczy umierają, albo żyją i nie mogą umrzeć. Niemożliwy jest kompromis. Tutaj bowiem ukazane nam jest znów owo jedyne oczywiste stanowisko, które trzeba zająć, jeśli chcemy nie postradać zmysłów. To, co przeczy całkowicie jakiejś myśli, prawdą być nie może, jeśli nie wykaże się, że przeciwieństwo tego jest fałszywe.

Myśl o śmierci Boga jest tak niedorzeczna, że nawet szaleni wierzą w nią z trudnością. Bowiem sugeruje ona, że Bóg kiedyś żył, a potem jakoś umarł. Może go zabito, najwyraźniej z ręki kogoś, kto nie pragnął, aby przetrwał. Potężniejsza wola zatryumfowała ponad wola Boga, i w ten sposób życie wieczne zapoczątkowało śmierć. A razem z Ojcem umarł także Syn.

Zanoszący modły wobec śmierci mogą bać się. Lecz czy tego typu myśl jest zdolna budzić trwogę? Gdyby zobaczyli, że to w nią jedynie wierzą, zostaliby uwolnieni w tejże chwili. Ty pokażesz im to dzisiaj. Nie ma śmierci, dziś ją odrzucamy w każdej formie, aby nieść zbawienie tak dla siebie jak i dla nich. Bóg nie zrobił śmierci. Zatem, niezależnie jaką przyjmie ona postać, musi być złudzeniem. To jest dzisiaj nasze stanowisko. Dane jest nam dzisiaj patrzeć na wskroś śmierci, i zobaczyć życie poza nią.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 25 Czerwiec 2012, 18:27, w całości zmieniany 3 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 25 Czerwiec 2012, 20:28   

Cytat:
Wezmy np. "cud" czytania w myslach, na czym to polega? Czlowiek utozsamiajacy sie z cialem fizycznym, moze postrzegac inne byty tylko jako fizyczne zjawiska. Gdy cialo fizyczne osadza sie np. w ciele mentalnym, to widzi mysli, proste.


Cytat:
Dlatego egoistyczni naukowcy nie wiedza czym jest grawitacja, nie maja pojecia dlaczego upuszczony przedmiot spada na ziemie. Jest to nieskonczona i idealna kompresja oparta na zasadzie zlotego podzialu, co tworzy "ssanie" ku centrum osobliwosci, ktorej nigdy ostatecznie nie chwyta.


Ta zasada samopodobienstwa i zlota proporcja jest tak banalna sprawa i tlumaczy tak naprawde wszystkie prawa fizyczne, chemiczne, psychologiczne, czy jakiekolwiek inne.

I prowadzi to do donioslej prawdy, ze jesli u podstawy wszystkiego znajduje sie niczym nieograniczony i niezmienny absolut, to cokolwiek z tego absolutu pochodzi, musi byc nieskonczone i niezmienne, bo inne byc nie moze. To jest jedyne ograniczenie absolutu :D

Nie ma takiej mozliwosci by byc realnie przez kogos zaatakowanym, albo zranionym, nie ma realnej mozliwosci, by byc kims zamknietym w ograniczonym ciele, bo jest to niezgodne z "boskim prawem", a to co nie jest ustanowione w wiecznosci, to nie ma prawdziwego bytu, chyba ze jako odtworzone w filmowej projekcji.

Nie wierze w chaos, ze prawda moze byc rozna dla roznych osob. Prawdziwosc swojej prawdy mozna probowac utrzymac jedynie poprzez atakowanie cudzej ;) Ja wiem o istnieniu jednej, wiecznej, niezmiennej i nienaruszalej prawdzie. Nie bede jednak nikogo jej nauczal, bo nauczanie kogos zaklada zmiane w kims, a zmiana kogos nie jest mozliwa.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 25 Czerwiec 2012, 20:35, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 26 Czerwiec 2012, 12:22   

Nalezy pomagac ludziom, ale nie mozna realnie pomoc zadnemu czlowiekowi, wspoldzielac z nim cierpienie, czy ograniczenia, bo wtedy wspoldzieli sie rowniez z nim bezsilnosc, ktora uniemozliwia pomoc. Zatracanie sie w cudzym cierpieniu to tylko odgrywanie jakiejs roli, teatr. Realnie mozna pomagac ludziom jedynie widzac ich juz jako nieograniczonych.

Kazdy czlowiek jest podlaczony do tego, co nazywa sie powszechnie "wyzsza jaznia", a ktora to nazwa juz zawiera w sobie niemozliwosc i podtrzymywanie projekcji nierownosci.
Do "wyzszej jazni" sa podlaczone tysiace, czy setki tysiecy roznych gier/wcielen w roznych zakatkach kosmosu. Nie ma nastepujacych po sobie wcielen, wszystkie one rozgrywaja sie "symultanicznie". Widzac czlowieka, ktory sprawia wrazenie kompletnie pograzonego, nie widzi sie, ze jego ponura rola zostanie, czy wlasciwie juz zostala "zasymilowana" przez jakas czesc jego w innym zakatku, gdzie jest bardziej swiadomy siebie i ta ponura rola jest tym, co umozliwi mu zesrodkowanie balansu rownowagi.

Jednak gdy tkwi sie po uszy w czasie, to widzi sie swiat niemozliwosci.

I kiedy pojawia sie jakis mistrz "caly w bieli" i mowi, ze ten powinien przeciez wchlaniac swiatlo w siebie, w przeciwnym wypadku cos mu grozi .. to sa bzdury, tak robia slepcy.

Czy to nie fajnie jest moc wylaczyc caly ten belkot swiata, po prostu wylaczajac odpowiednie pokretla istniejace w umysle?
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 26 Czerwiec 2012, 15:55, w całości zmieniany 9 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 26 Czerwiec 2012, 16:43   

Cytat:
Ta zasada samopodobienstwa i zlota proporcja jest tak banalna sprawa i tlumaczy tak naprawde wszystkie prawa fizyczne, chemiczne, psychologiczne, czy jakiekolwiek inne.


Najfajniejsze jest to, ze fraktale i te sprawy, ostatecznie nie maja niczego wspolnego z matematyka, czy fizyka. To z tych praw wyrastaja dopiero te dziedziny nauki opisujace to, ale nie stoja one u podstawy kreacji. Ostatecznoscia jest "niezglebionosc", kreujaca na swoje podobienstwo. Nie mam pojecia o chemii, a wiem jak zmienic sie w diament bez skazy, nie mam pojecia o szkoleniu astronautow, a moge latac na Ksiezyc, czy Jowisza, nie ogarniam tez tabliczki mnozenia, to jest niepotrzebne do zycia. Zamiast dywagowac na temat tego, co znajduje sie w srodku ziemi, przyjmowac jakies niesprawdzalne dogmaty, lepiej jest zdjac mentalne balasty i sprawdzic samemu. Wystarczy poszerzyc swiadomosc, zdjac tego trupa z umyslu i sprawdzic, czy faktycznie Slonce jest gorace, czy to tylko jakis dogmat w ktory mozna najwyzej sobie bezpodstawnie uwierzyc, bo przeciez nikt tego nie sprawdzi w doswiadczeniu.
Dlateto ten, kto odnajdzie podstawe wszystkiego, z ktorej wszystko wyrasta, ma "wrodzone" zdolnosci do panowania nad wszystkim i wiedzenia wszystkiego. Wystarczy znalesc "skompresowana" i "bezkompromisowa" podstawe kreacji, ta zasade samopodobienstwa, a cala reszta staje sie jasna.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 26 Czerwiec 2012, 22:10, w całości zmieniany 6 razy  
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 26 Czerwiec 2012, 22:17   

Cytat:
Ktos kto widzi Slonce, widzi je jako "skrzydlate serce", albo "kielich" (czy jakkolwiek to okreslic) z czlowiekiem w srodku.


To napisalem kilka dni temu, a dzis Uzuli z forum DI charatnal taki sympatyczny obrazek :D
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 27 Czerwiec 2012, 16:33   

Adam Wisniewski Snerg napisał/a:
Ściana, na którą zwróciłem broń, celując z odległości ledwie dwudziestu centymetrów przed oddaniem fatalnego strzału, miała wygląd nie otynkowanej betonowej płyty i nosiła na sobie brudne ślady różnorodnych zacieków i plam. “Mur jest gładki i stary" - to był lakoniczny opis krótkotrwałego obrazu ściany, jaki pojawił się w mej świadomości w postaci szybko po sobie następujących trzech informacji. Po informacji ,,mur" pojawiła się pewność bezpieczeństwa osób przebywających prawdopodobnie z drugiej jego strony, po informacji “gładki" natychmiast wyobraziłem sobie mały krater i zamknąłem oczy, spodziewałem się bowiem gradu betonowych odłamków i ciosu odbitej kuli w przypadku, gdyby tkwiła ona w komorze nabojowej.
Bywa czasem, że w przedmiocie wielokrotnie badanym dostrzegamy tylko najbardziej jaskrawe jego strony i trzeba przypadku, skojarzeniowego bodźca, by dotąd ukryta, jakaś niezmiernie ważna cecha wcześniej i gdzie indziej oglądanej rzeczy - w myśli szybkiej i jasnej jak błyskawica - niespodziewanie ujawniła się nam.
Tego rodzaju olśnienia doznałem w najmniej odpowiednim momencie: bezpośrednio przed uruchomieniem spustu. Kiedy zamknąłem oczy, skrystalizowała się w mym umyśle kolejna informacja. Przynosiła błahą wiadomość, że mur jest “stary". Dotarła jako ostatnia i spowodowała zatrzymanie ruchu palca, bowiem w tym właśnie ułamku sekundy zamiast rewolweru wypaliła w mej świadomości lekceważona dotąd myśl, że wszystkie dekoracje Kroywenu są równie stare, jak ten prawdziwy mur.
W czasie wielogodzinnej wędrówki po mieście, przytłoczony liczbą fałszywych budowli oraz faktem, że ich tu wczoraj nie było, przegapiałem systematycznie wcale nieobojętną możliwość oceny ich wieku, gdyż zdominowały ją tamte, bardziej krzykliwe fakty. I nie dostrzegałem patyny lat: spłowiałych na słońcu kolorów, rdzy, pajęczyn rozwieszonych w zakamarkach, grubej warstwy kurzu na powierzchniach osłoniętych przed wiatrem, oszlifowanych butami lub dotykami setek rąk krawędzi, próchna, wypaczeń wywołanych rzadkimi ulewami i całodzienną operacją słońca oraz wszechobecnego brudu - słowem widząc same dekoracje, nie dostrzegałem, że noszą one na sobie ślady wieloletniego istnienia w Kroywenie, gdzie upływało całe moje życie.
Dopiero po tej piorunującej myśli, która ujawniała obiektywny fakt stałej obecności dekoracji w mieście i wywracała do góry nogami sens porannego odkrycia, wskazując równocześnie na niepojętą ślepotę mego dotychczasowego życia, z opóźnieniem (czterosekundowym chyba) nacisnąłem spust i usłyszałem huk wystrzału.
Otwierając oczy, zwróciłem je bezpośrednio na drzwi zatrzymanej windy. Stali już przed nimi sztuczni karabinierzy. Było ich dwóch, bo w krótkim czasie, kiedy strzelałem z niepewnej broni i myślałem o wieku dekoracji, czterej inni nie zdążyli jeszcze opuścić kabiny. Ci dwaj, którzy wyskoczyli już z windy, skamienieli pośrodku korytarza, wpatrując się we mnie wytrzeszczonymi szklanymi oczami. W porównaniu z innymi sztucznymi ludźmi robili takie wrażenie, jak sztywne figury woskowe lub pozbawione możliwości ruchu manekiny ustawione na wystawie sklepu z mundurami wojskowymi. Zrozumiałem po chwili, że pozorowanym uczuciem, które ich zahamowało w biegu, chcieli wyrazić swe osłupienie spowodowane ohydą dostrzeżonego bestialstwa. A pojąłem to dopiero wtedy, gdy zwróciłem oczy na ścianę, by ocenić wynik strzelniczego eksperymentu.
Pod ścianą naprzeciwko wylotu lufy tkwiła przeszyta na wylot rewolwerowym pociskiem głowa plastykowego chłopca.
Na ten widok nogi ugięły się pode mną. Straciłem poczucie upływającego czasu. Stopy wrosły mi w podłogę, zaś bolesny kurcz mięśnia prawej ręki, utrzymującej wciąż na wysokości czoła imitowanej ofiary narzędzie symulowanego okolicznościami mordu, uniemożliwiał mi zmianę strasznej, ostatecznie już beznadziejnej pozycji. Jedyną przytomną myślą, jaka torując sobie drogę wśród niedorzecznych majaczeń przedarła się w mym umyśle przez nagłą eksplozję trwogi, była lodowata konstatacja: wszystkie manekiny działają zgodnie z narzuconym przez kogoś programem, który zmusza mnie do odgrywania roli zwyrodniałego bandyty. Był to bowiem fakt nader oczywisty, że pozbawiony instynktu samozachowawczego, kierowany wcześniej ustalonym programem sztuczny szczeniak w czasie mej krótkotrwałej nieuwagi - sprytnie ją wykorzystując - podbiegł szybko do miejsca przewidywanego strzału w tym wyłącznie podłym celu, aby wypełnić swoją pustą głową niewielką odległość między ścianą a wylotem lufy.
Gdy zastrzelona kukła malca zwaliła się na podłogę, karabinierzy zdjęli z ramion imitacje swych pistoletów. Potrącając ich w biegu, kilkunastoma szybkimi skokami pomknąłem na drugi koniec korytarza. Tam przycisnęła mnie do drzwi długa seria drewnianych pocisków z pistoletu maszynowego. Zamroczony lawiną nieprzewidywalnych zdarzeń nie działałem w myśl jakiegoś sensownego planu postępowania: ratowałem się tylko ucieczką przed natychmiastowym wykonaniem wyroku, już bez troski o przyszłość, jak dzikie, osaczone zwierzę.
Głęboko osadzone w ścianie drzwi, na które naciskałem coraz mocniej, kryjąc się za rogiem muru przed ciosem prawdziwej kuli, otworzyły się niespodziewanie. Przypadek sprawił, że wpadłem tyłem do sekretariatu kierownika Lindy. Jego kukła powalona uderzeniem pieści leżała jeszcze w gabinecie. Znalazłem się więc z powrotem w tym samym miejscu, skąd wyszła moja usiana sztucznymi trupami droga.
W środku zastałem trzy ubrane na biało postacie. Wchodziły one w skład ekipy ratunkowej pierwszej karetki pogotowia. Dwaj sztuczni sanitariusze układali na noszach kukłę kierownika. Manekin lekarza, pochylając się nad fałszywą sekretarką, zbliżał rękę uzbrojoną w prawdziwy skalpel do rozerwanego boku rannej. Komuś, kto patrzyłby z daleka na tę scenę, wydawałoby się pewnie, że obserwuje operację chirurgiczną. Sekretarka miała zamknięte oczy; była niema i sztywna.
Scenę tę ogarnąłem jednym, szybszym od myśli spojrzeniem. Miała ona charakter niezwykle statyczny: wszystkie postacie biorące w niej udział pozowały tylko, jak gdyby stały przed aparatem fotograficznym. Dopiero ogłuszający terkot pistoletu maszynowego, który wstrząsnął ścianami piętra, momentalnie uruchomił wszystkie sprężyny ospale toczącej się akcji.
W postaci mężczyzny ściganego gradem kuł i cofającego się z rewolwerem w ręku fałszywy lekarz dostrzegł natychmiast swego potencjalnego wroga. Z wprawą cyrkowego miotacza cisnął we mnie skalpelem. W sekundę po jego niecelnym rzucie pociągnąłem za cyngiel. Ten nerwowy odruch został wywołany świstem ostrza śmigającego przy moim uchu. Chociaż tym razem już świadomie mierzyłem w pierś napastnika, zdenerwowany gwałtownością starcia - spudłowałem. Kula rozdarła torbę sanitariusza, ukazując jej zawartość: zwój grubej liny. Lecz choć pocisk z całą pewnością nie ugodził lekarza, ten z głuchym jękiem rozpostarł ręce i wyprężył się jak człowiek śmiertelnie trafiony. Na jego białym płaszczu wykwitła czerwona plama.


Cytat:
Ale jak byli zbudowani wewnętrznie i czy odczuwali ból? Skalpelem ukrytym w kieszeni - po zerwaniu zeń plastra - naciąłem kapralowi udo. Sierżantowi (ośmielony obojętnością tamtego) podważyłem ostrzem jabłko w kolanie i obejrzałem je ze wszystkich stron. Było odlane z twardej różowej masy plastycznej. Obydwaj nie mrugnęli nawet, kiedy ich kaleczyłem: siedzieli sztywno jak mumie, ze szklanymi oczami utkwionymi w perspektywie pogrążonej w półmroku ulicy, którą zamykały w dali zalane słońcem tarcze drapaczy chmur.
Oni nie czuli bólu, a ja czułem realny niesmak po tej drastycznej, choć pozorowanej operacji. Dawał mi on pewność, że w nowej swej postaci nie jestem sadystą. I nie byłem również jednym z tych pospolitych wandali, którzy znajdują swe liche orgazmy w niszczycielskich aktach przemocy i siły rozładowywanej skrycie nad martwymi przedmiotami, bo tak żałosna działalność, jak demolowanie pustych opakowań, nie przynosiła mi - co wiedziałem już wcześniej - nawet namiastki tej intymnej rozkoszy, jaką tamci, prując nożami oparcia foteli w wagonach metra lub urywając słuchawki przy telefonach ulicznych, otrzymują za darmo.
U celu tej ponurej jazdy stała maskowana fasadą jednej przyzwoitej ściany prymitywna kopia posterunku karabinierów. Stała gdzieś pośrodku Uggioforte, w dzielnicy nieomal całkowicie imitowanej ogromnymi makietami domów.
Zatrzymaliśmy się tam. Dwa pozostałe radiowozy kolumny, która asekurowała pierwszy samochód, parkowały pod posterunkiem do czasu, aż znalazłem się za grubymi kratami. Przedtem kapral zajął miejsce przy prawdziwej maszynie do pisania i pod dyktando sierżanta sporządził protokół mojego wstępnego zeznania. Po przesłuchaniu gotowy protokół powędrował na stół sierżanta, który dopisał na nim odręczną adnotację, zostawiając niżej miejsce na mój autograf. Cały papier pokrywały rzędy liter chaotycznie wystukanych na maszynie. Cztery linijki regularnej spirali nakreślone długopisem przez sierżanta tuż pod maszynowym tekstem jego kolegi uzupełniały trafnie głęboką myśl celnie sformułowaną przez kaprala. Podpisałem ten rekwizyt czytelnie: pełnym imieniem i nazwiskiem - co na obecnych nie wywarło żadnego wrażenia.
Zamknęli mnie w oddzielnej celi. Obok, w głębokiej wnęce - poza wykoślawioną przez upał i czas plastykową kratą tymczasowego aresztu - tkwiły trzy woskowe figury. Przedstawiały stałych bywalców komisariatu: szpetną i ponurą prostytutkę, z wyglądu starą awanturnicę uliczną, opoja nurzającego się w namiastce własnych brudów oraz całkiem sympatyczną babcię, cierpiącą na zanik pamięci, która wyszła z domu i dotychczas jeszcze nie powróciła. Obecność tak dobranego towarzystwa prowadziła mnie do wniosku, że posterunek ten posiada wyposażenie typowe - może znormalizowane dla większości tego typu komisariatów.
W południe poinformowałem kaprala o swym pragnieniu i głodzie. Kiedy dostałem pusty kubek i drewniany klocek w kształcie kromki razowego chleba, zdenerwowałem się ostatecznie: wykorzystując nieuwagę strażników, rozkroiłem skalpelem tekturową ścianę wnęki i przez powstałą w niej nieestetyczną dziurę swobodnie - choć z pewnym zdziwieniem - po prostu wyszedłem na ulicę.
Pod gołym niebem słońce prażyło niemiłosiernie. Miałem też wrażenie, że zwracam uwagę fałszywych przechodniów swym niedbałym wyglądem. Ale byłem wolny!
 
     
Akataleptos
Splendid!



Dołączył: 20 Kwi 2012
Posty: 737
Wysłany: 27 Czerwiec 2012, 19:41   

Gdyby tak spojrzec glebiej we wnetrze czlowieka, to okazaloby sie, ze kazdy w srodku jest dzieckiem, ktore w doroslym swiecie czuje sie jak w piekle. Gdyby spojrzec glebiej w obcy umysl, to okazaloby sie, ze boi sie on "kary boskiej", ze wmowil sobie, ze zaatakowal Syna Boga/Wieczne Dziecko, co juz od samego poczatku bylo zludzeniem, a w wyniku tej koszmarnej halucynacji wytworzylo sobie "azyl" w postaci ciala, by uchronic sie przed urojona kara, zatracajac sie tylko z coraz wieksza intensywnoscia w swych koszmarach, niszczac kazdy przejaw tej wiecznej dziecinnosci i kobiecej nieskazitelnosci.
Tragiczna pomylka, ktorej efektem sa te wszystkie podziemne, krete korytarze strachu, prowadzace donikad.

"Ofiara Chrystusa", polegala na tym, ze udowodnil, ze atak na "wieczne dziecko" jest niemozliwoscia, wiec kara za to nie moze nastapic.

Obcy umysl jest pelen sprzecznosci, z jednej strony wynosi sie ponad wszystko, a z drugiej strony drzy przed wymyslona przez siebie kara Stworcy.

Cytat:
Najpierw dziura w sercu, a pozniej nietykalnosc, a nie na odwrot. Ochrona jest nia dlatego, ze nie ma juz sie niczego do obrony.


Znowu proste zastosowanie zasady samopodobienstwa.

Gdyby tak komus powiedziec, ze jego dom jest obrzydliwy, to z duzym prawdopodobienstwem zareagowalby tak, jakby zostal zaatakowany, ale przeciez to stwierdzenie nie tyczy sie niego, tylko mieszkania. Gdyby tak spojrzec na to trzezwo, to reakcja obronna nie ma zadnego sensu.

Czym sie to rozni od obrony ciala? Czlowiek nie ma wplywu na bicie serca, na krazenie krwi, nie wie jak dziala uklad nerwowy, nie odpowiada za prace ciala w najmniejszym stopniu, nie moze wiec byc nim, wiec jak to jest mozliwe, ze mozna zostac zaatakowanym poprzez zranienie ciala?

Wszystko odbywa sie na zasadzie samopodobienstwa, wiec atak jest mozliwy tylko wtedy, gdy wczesniej wmowilo sobie obrone czegos, z czym sie utozsami.
Cale to cierpienie na swiecie bierze sie stad, ze od urodzenia az do smierci czlowiek nosi w sobie obcy umysl, ktory wmawia mu, ze jest czyms, czym w rzeczywistosci nie jest i czego nalezy bronic, co nieustannie wytwarza na zewnatrz projekcje ataku, ktorej nie da sie zatrzymac inaczej jak poprzez rozproszenie tej obcej instalacji.

Swiety graal to wlasnie zasada fraktalnosci, samopodobienstwa, "ciagnie swoj do swego" czy "to co na gorze jest takie jak to co jest na dole".
Historie o Krolu Arturze, ktory dzieki nieskazitelnemu sercu wyciagnal miecz ze skaly, ktorego noszenie przy sobie chronilo od wszelkich ran, sa prawdziwe, o ile zrozumie sie ich znaczenie.

Jako, ze czlowiek nosi w sobie obcy umysl "bogow", to to co mowie o nich, odnosi sie takze do systemu myslowego, ktorym czlowiek sie posluguje.

Jak dlugo mozna sie bronic przed skutkami czegos, co naprawde sie nie wydarzylo? Co z tego, ze opracuje sie sposob na nieustanne podtrzymywanie ciala, skoro nieustannie przedluza sie mozliwosc ataku na nie, co nieustannie wytwarza na zewnatrz projekcje niebezpieczenstwa? Co to za wiecznosc, gdzie bez przerwy trzeba bronic swojej "niesmiertelnosci"? Boska madrosc objawia sie wlasnie w tym, ze nie reaguje na cos, co nie ma sensu, pozwala po prostu zmeczyc sie glupocie, bez zadnych konsekwencji. Za to co dokonuje sie w szalenstwie, nie mozna poniesc konsekwencji tam, gdzie jest zdrowie.
Ostatnio zmieniony przez Akataleptos 27 Czerwiec 2012, 20:02, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0.08 sekundy. Zapytań do SQL: 9